WAC­ŁAW SWIĄT­KO­W­SKI

 

SUWALSZCZYZNA

I OKOLICE NADNIEMEŃSKIE

 

PIERWSZA WYCIECZKA PO KRAJU

<fot. NIEMEN POD PRENAMI.>

 

WARSZAWA — 1926 R.

NAKŁADEM AUTORA

Druk. J. Świętoński i S-ka. Warszawa, Kopernika 34.

Od Autora.

Straszne lata niewoli z jej kneblem na ustach, długoletnia wojna, dewaluacja marki nie pozwoliły mi wcześniej podzielić się wrażeniami z odbytych wycieczek po kraju. Dziś dopiero po dwudziestoparoletniej zwłoce mogę je swobodnie wypuścić w świat. W ciągu tego okresu zaszły u nas wielkie zmiany: poćwiartowaną Ojczyznę opuścili tyrani, ciężka stopa wojny stratowała niejedną wieś lub miasto, w znacznej swej części Suwalszczyzna przypadła w udziale Litwie, czas porobił szczerby, w olbrzymiej jednak większości wypadków mogę śmiało powiedzieć z poetą:

„Wszystko tak jak było,

Tylko się ku starości więcej pochyliło”.

Przystępując do druku pierwszego tomiku, mam nadzieję, że wkrótce podzielę się wrażeniami dalszemi, a posiadam ich cały szereg. Jeżeli idea krajoznawcza znajdzie oddźwięk w szerszych masach, tak mało poczuwających się do poznawania kraju, będę szczęśliwy, że cel mój osiągnął pożądany skutek.

AUTOR.

WSTĘP

„Ojczyzna moja — to ta ziemia droga,

Gdziem ujrzał słońce i gdziem poznał Boga,

Gdzie ojciec, bracia i gdzie matka miła

W polskiej mnie mowie pacierza uczyła”.

Ażeby poznać i pokochać Polskę, pełną niewysłowionego wdzięku i krasy, musimy zajrzeć do jej pól bezmiernych, kołyszących się złotemi kłosami zbóż różnorodnych od turni Karpat po Bałtyk szary, od brzegów Odry po błękit Dniepru; do jej błoni i łąk kwiecistych, tworzących przepyszny kobierzec nad szemrzącymi strumykami, groźnemi rzekami i cichemi jeziorami; do jej puszcz, gędźbiących konarami dębów, buków, smreków i sosen pieśń sławy praojców; do jej ruczai, niosących ożywczy nektar trawom i ziołom; do jej gór, szczytami tonących w obłokach jak mnich w kapturze; do jej bursztynowych wybrzeży morskich, mieniących się barwami tęczy; do jej siół i chat pod strzechą, gdzie pracowity wieśniak potem swym zlewa zagon przydrożny; do jej miast i grodów z zabytkami przeszłości; do jej zamków i ruin, tych niemych świadków potęgi i sławy; do jej świątyń Pańskich, gdzie na ołtarzach i w skarbcach kryją się nieraz bezcenne wartości sztuki rodzimej, — a wtedy serce nam mocniej zabije na widok tych niezliczonych cudów Ojczyzny, tej matki i karmicielki, która zarówno w szczęściu jak nawałnicy zawsze nam miła i zawsze droga.

„Ojczyzna moja — to wioski i miasta.

W śród pól lechickich sadzone od Piasta;

To rzeki, lasy, i niwy, i łąki.

Gdzie pieśń nadziei śpiewają skowronki”.

W zaraniu dziejów zrywamy z życiem nomadów, chwytamy za topór i sochę: topnieją puszcze, wyłaniają się pola i niwy. Ziemia nas karmi i przyodziewa. Łany ze zbożem rosną, olbrzymieją, falują, tworzą różnobarwną mozaikę z żyta srebrnego, złocistej pszenicy, zielonego owsa, jak śnieg białej gryki, żółtego rzepaku, czerwonej koniczyny. Krajobraz, ten na pozór monotonny i jednostajny, taką posiada rozmaitość, taka swojskość zeń bije i czar opromienia, że trzeba być bez duszy, aby nie odczuć jego piękna. Gdy obejmiemy wzrokiem te bez końca łany zbożowe, ciągnące się poprzez równiny piaszczystego Mazowsza, bogatych Kujaw, Podola, Ukrainy, ubogiego Podlasia, Polesia i Litwy; te szmaragdowe miedze z cichemi gruszami; te kwieciste łąki, tkane kaczeńcami, stokrotkami, niezapominajkami, dzwoneczkami, goździkami, jaskrami; te rosochate wierzby i rozłożyste topole przydrożne; te częste krzyże z rozwartemi ramionami i męką Pańską, — wówczas zrozumiemy, co to jest Polska. Ileż to wzruszeń i ile tęsknoty do tych pól i lasów wylewa w swej pieśni lirnik mazowiecki, Teofil Lenartowicz! Jakąż nostalgję przeżywa Mickiewicz we wstępie do „Pana Tadeusza” po utracie Litwy, ojczyzny swojej!

Gdy wiatr zakołysze ciężkiemi kłosy, to zda się gęślarz uderzył o struny złociste. I popłynęła pieśń sławy i smutku spod Psiego Pola, Grunwaldu, Cecory, Kamieńca, Połocka, Kirchholmu, Korsunia, Zbaraża, Częstochowy, Maciejowic, Racławic, Ostrołęki, Grochowa; pola zaroiły się od wojów, rycerstwa, szlachty, kosynierów; Piastowie, Jagiellonowie, Batory, Sobieski, Chodkiewicz, Żółkiewski, Czarniecki, Kordecki, Kościuszko, książę Józef do boju wydają rozkazy; brzmi Bogurodzica, łopoczą sztandary, szeleszczą proporce, huczą armaty; słychać jęk rannych, płacz dzieci i niewiast, łkają dzwony żałośnie, grają organy, szepty pacierzy spod stropów kościołka dochodzą. Czyż można nie uchwycić uchem tej potężnej rapsodji świetlanej przeszłości; czyż można nie słyszeć bólu okrutnej niewoli wiekowej?

„Ojczyzna moja — to praojców sława,

Szczerbiec Chrobrego, cecorska buława,

To duch rycerski, szlachetny, a męski,

To nasze wielkie zwycięstwa i klęski”.

Wśród pól różnobarwnych ponad wodami toną w zieleni sadów wiśniowych sznurem wyciągnięte wsie polskie ze skrzypiącym żórawiem przy chacie, otoczonej ogródkiem z bożem drzewkiem, miętą pieprzową, piwonją, nasturcją, malwą, nagietkami. Z śpiewem na ustach wre praca od świtu do nocy. Tysiące lat wieśniak przewraca skiby pod nowy zagon, zlewa go potem przy pracy, a krwią w obronie, kocha swą macierz-żywicielkę, największa bieda nie rozdziela go z ziemią. Jakżeż nie uszanować tego przyzwiązania, jakżeż nie poznać potrzeb wieśniaka, jego bólu i radości, jakżeż nie dodać mu otuchy i zachęty w chwilach upadku i zwątpienia ! A któż nam dał Piasta, tego mądrego gospodarza i wielkiego budowniczego Polski? Wszak kmieć nadgoplański. Z kmiecia powstali wojowie, z nich szlachta, magnaci.

W latach pradziejów, gdyśmy nieliczni i słabi byli, dokoła szumiały nam puszcze olbrzymie, z których dziś szczątki zaledwie zostały. Śpichlerzem i dachem były nam w pokoju, puklerzem i twierdzą w walce z nawałą germańską, grobem dla wroga, sławą dla praojców, terenem zabaw królów i książąt na łowach. W cieniu prastarych puszcz odbywa się obchód Kupały, goreją ogniska, naród się zbiera na wiece; rozsyła wici, gromadzi wojów w potrzebie. Ileż to dąb starowina jak dziaduś wnukom baje, co widział w młodości swojej, co przeżył w ciągu licznych swych wieków, ile to chmur nad nim zawisło, a ile burz i nieszczęść przewaliło. On się nie uląkł wichrów i huraganów, stoi i nie drgnie, dopokąd czas go nie zmoże. Czyż można nie znać tajemnic puszcz naszych, nie rozkoszować się wysmukłością i rozmiarami ich okazów roślinnych, nie pieścić ucha rozgwarem skrzydlatych mieszkańców, nie wsłuchać się w poszum żałosny, który nam legendarne dzieje Lechów, Popielów, Wandy i Kraka niesie, powstanie styczniowe na pamięć przywodzi?

Któż zdolen opisać przecudny krajobraz gór naszych, ich fantastycznie rzeźbionych dolin, potoków szumiących, ponurych regli, kwiecistych hal i połonin, dzikich i nagich turni z ich zazębieniami, szczelinami, przepaściami, z lśniącemi w słońcu płatami śnieżnemi, po których pełna gracji przemyka kozica i świstak płochliwy? Któż może być obojętnym na widok groźnych wodospadów, swawolnych siklaw, kaskadą skaczących w przepaść, drzemiących jezior tatrzańskich? Któż może nie poznać wyłomu Dunajca z szmaragdowemi jego wodami, Popradu, Prutu, groźnego Czeremoszu? Któż nie powinien zwiedzić Łysej Góry, gdzie wiedźmy na miotłach z djabłami harcują; doliny Ojcowskiej z jej białemi jak śnieg skałami najdziwaczniejszych kształtów, z jej nietoperzowemi grotami, w których pierwotni mieszkańcy szukali schronienia, a później król nasz Łokietek? Któż nie zachwyci się strojnym typem juhasa w guńce, z ciupagą w ręku a kobzą pod pachą, kroczącego na czele stada? Któż nie wysłucha tysiąca legend i baśni o zbójnikach walecznych, o zaczarowanych jaskiniach pełnych śpiących rycerzy, o skarbach w górach zaklętych?

Beskid zachodni—to łąka olbrzymia, usiana tysiącem kopic zielonych. Z ich łona strumyki tryskają, wiją się z szumem, po zboczach łagodnych spadają w doliny. Góra Barania jest rodzicielką królowej wód naszych. Bliźniacze siostrzyczki Wisełki: Biała i Czarna, zwyczajnie, jak dzieci kapryśne, kwilą i śmieją się, po kamyczkach skaczą, dopokąd jak para kochanków nie rzucą się u stóp macierzy w ramiona i nie poniosą w jednem łożu poprzez rozległe równiny, by zginąć w nurtach Bałtyku. Daleką podróż odbywa królowa nasza, witana sercem i duszą po siołach i grodach. Łagodna i słodka, o ile śniegi, lody lub deszcze nie zmącąc jej ciszy, groźna i strachem przejmuje w czasie powodzi, zatapia wioski i miasta, niszczy dorobek człowieka. W czasach pokoju dźwiga galary ze zbożem i tratwy z drzewem do Gdańska, w chwilach pożogi wojennej krwią się zabarwia, tysiące trupów niesie w swych wodach.

Warta i Gopło dzieciństwo nasze wykołysały; Odra zniemczała w swym biegu dolnym; Niemen swą szafirową wstęgą jak stułą łączy nas z Litwą; Dniestr jak pohaniec w głębokich jarach się kryje.

Hen, na dalekich rubieżach północy szary Bałtyk, przybrany w bursztyny i muszle, tuli się, do nas jak czuły kochanek i ślubując wierność dozgonną, przenosi nas na niezmierzone wody oceanu. I dniem i nocą gonią się po nim fale, piętrzą, szumią i huczą, z pluskiem rozbijając spienioną grzywę o plażę piaszczystą. Do jego piersi bezpłodnej przywarł ubogi Kaszub i jako szczep wierny Piasta walczy z nawałą krzyżacką, broniąc spuścizny Chrobrych, Krzywoustych. Niestraszne są dlań fale Bałtyku, który go żywi i przyodziewa, obdarza zdrowiem, bawi i do snu kołysze, piękne baśnie prawi, miłować uczy, wyrabia siły i mięśnie, hartuje, do boju zagrzewa.

„Ojczyzna moja—to te ciche pola,

Które od wieku zdeptała niewola,

To te kurhany, te smętne mogiły —

Co jej swobody obrońców przykryły”.

Coraz częściej nawiedza Polskę, rabuje i burzy siedziby nasze, powstają grodziska i grody, zamki warowne. Dziś mury grodów obronnych prysły, powstały nowe dzielnice handlowe, zamki w ruinie, bogate są tylko w podania i klechdy o skarbach zakopanych, o jękach więzionych niewiast, o hucznych ucztach w podziemiach, o lochach pełnych tajemnic. Ruiny — to relikwje nasze, łączą nas z przeszłością, budzą ducha do czynu, świadczą o sztuce rodzimej, o kulturze naszej, o dobrobycie mieszkańców tej ziemi.

Grody i miasta gmachy nam cenne przekazały, gdzie światło życia ujrzeli sławni mężowie; gdzie w muzeach i księgozbiorach złożony bogaty plon tysiącletniej kultury naszej; gdzie słynne uczelnie promień nauki rzucały; gdzie piękne świątynie, pałace, wysmukłe wieże i bramy wjazdowe dziełami architektury, pendzla i dłuta mistrzów naszych w zachwyt wprawiają wybrednych cudzoziemców; gdzie w licznych fabrykach, warsztatach wre życie i praca; gdzie kwitnie handel i podbija rynki zagraniczne.

„Ojczyzna moja — to ten duch narodu,

Co żyje cudem wśród głodu i chłodu,

To ta nadzieja, co się w sercach kwieci,

Pracą u ojców, a piosnką u dzieci !”

Sawa..

Idź więc, młodzieńcze, i ty, miłośniku przeszłości naszej, i ty, wielbicielu przyrody, i ty, turysto przygodny, chwilowy, od wsi do miasta, od morza do gór poprzez obszary pól, łąk i lasów, idź i napawaj się ich widokiem, oddychaj ich wonią, skąp się w promieniach słońca, powietrza, rosy i jako syn wierny tej Ziemi poprzysiąż Jej miłość dozgonną.

Pierwszą wycieczkę po Suwalszczyźnie odbyłem w pamiętnym 1903 r., który sprowadził na kraj nasz straszną klęskę powodzi, a z nią nieobliczalne straty i nędzę mieszkańców. Do Grodna postanowiłem dojechać pociągiem. Dziwny jakiś wstręt budziła we mnie kolej Warszawsko-Petersburska, z której wyrugowano polski żywioł urzędniczy, gdzie na dworcach nie wolno było sprzedawać pism polskich, a za Łapami, ostatnią stacją w granicach Łomżyńskiego, za mowę polską karano więzieniem i grzywną za słynnych rządów Murawjewa.

Po kilkunastogodzinnej podróży widzę, jak pociąg wkracza na most żelazny, wysoko rzucony nad głębokim parowem Niemna, nad którym malowniczo rysują się sylwetki kościołów i cerkwi pośród mnóstwa domów i domków. Jestem w Grodnie.

<fot. GRODNO.          MOST KOLEJOWY.>

Na stacji mnóstwo dorożek jednokonnych o zaprzęgu rosyjskim, na koźle woźnica w oficjalnym stroju bufiastym i w typowym cylinderku na głowie. Spod szat tych wyziera twarz smętna, zgnębiona odwieczną niewolą, a z ust dolatuje do uszu moich czysta polszczyzna.

<fot. GRODNO.          WIDOK Z NIEMNA.>

Dalej przechodzę przez Horodnicę, najpiękniejszą dzielnicę miasta, gdzie ładne dworki toną w zieleni drzew i ogrodów, gdzie Tyzenhauz, podskarbi królewski, zakładał fabryki, do których rzemieślników sprowadzał z Niemiec i Holandji; gdzie mieszkał Siewers i Repnin, sławni mężowie smutnej pamięci ostatnich dwóch sejmów i abdykacji Stanisława Augusta.

Z Horodnicy wychodzę wprost na rynek. Miasto nosi charakter polski, tylko napisy rosyjskie na sklepach i kopuły na cerkwiach, przerobionych z pięknych kościołów katolickich, świadczą, że się dokonał tu gwałt niezwykły. Na dużym rynku znajduje się okazały kościół pojezuicki, dziś parafialny, z XVII w. z słynnym cudownym obrazem Matki Boskiej Studzieńskiej, zawieszonym dokoła wotami, przedstawiającemi najrozmaitsze łaski i cuda. W pobliżu znajduje się kościół pobernardyński i brygidek, gdzie ocalało jeszcze kilka zakonnic, a po drugiej stronie Niemna na przedmieściu — pofranciszkański.

<fot. GRODNO.          FARA.>

W rynku jest jeszcze słynna kamienica, t. zw. królewska, a dziś Bejmaka, gdzie często przebywał Stefan Batory i tutaj umarł, gdzie się odbywał ostatni sejm polski, na którym losy nasze się rozstrzygnęły.

Dalej nad samem urwiskiem Niemna staję pod zamkiem, który się składa z dwóch budynków: starego i nowego zamku. W nowym przebywał Stanisław August; mury te budzą nadzwyczaj smutne wspomnienia z ostatnich chwil naszej niezależności. Ile upokorzeń, wstydu i bólu musiał tu znosić ostatni król polski! Stary zamek pamięta lepsze chwile historji—czasy Jagiellonów. Zewnętrzny widok tych gmachów nie przedstawia nic ciekawego: widać ślady przeróbek i zeszpecenia; wnętrze zaś zamknięte dla turysty: mieszczą się tam koszary i szpital wojskowy.

Dziś miasto liczy do 60 tys. ludności, przeważnie żydowskiej. Rozwija się tu przemysł i handel drzewem z Prusami.

<fot. GRODNO.          ZAMEK KRÓLEWSKI.>

Położenie miasta malownicze, na wysokim brzegu Niemna, pośród pagórkowatej okolicy. Nic więc dziwnego, że w Grodnie tak wielu przebywało monarchów, a głównie Stefan Batory. Tutaj ostatnie swe lata spędza wielka nasza powieściopisarka Eliza Orzeszkowa i tutaj spoczywa snem wiecznym.

Niegdyś, jak sama nazwa wskazuje, było tu grodzisko słowiańskie, o którem w latopisach ruskich znajduje się wzmianka z XII w. o panowaniu księcia udzielnego Jerzego Hlebowicza. W 1241 r. Tatarzy napadli na miasto i doszczętnie je zniszczyli. Waleczny obrońca, książę Jerzy, zginął wraz z całą załogą i tylko nikłe niedobitki poszły w jasyr tatarski. Spalone i złupione Grodno wraz ze spustoszoną okolicą dostaje się w posiadanie Litwinów, a przez unję lubelską przechodzi do Polski. Długie jeszcze lata Grodno jest świadkiem krwawych walk Litwy z Krzyżakami, którzy często rabowali miasto.

„Szumią puszcze… Grzmią rogi pierwszych Jagiellonów !

Witoldowa drużyna rozbiła namioty ..

Pod starą barcią gędźbią stare Wajdeloty…

Pieśń płynie, jak ta rzeka... Nagle w krzyk urasta !

W war jęków ! Łuna ! Łuna ! Płoną wsie i miasta !

Lecą krucy spłoszeni z drzew święconych Bogu…

Śmierć.. Krzyżak stopę stawił na litewskim progu !

Rzeka krwią własną płynie... jęczy wód głębina,

Niby jedna bezdenna, wielka łza Litwina !

Litwin w więzach na brzegu patrzy w stronę lacką…

Lata mijają... Targnął obrożą krzyżacką !

Świeci pożogą zamczysk, połyskiem toporów !

Znów lecą krucy, z zemście poświęconych borów !

Żegocą miecze, włócznie… rżą w ostępach konie !

Rzeka płynie... Nad Niemnem dwie bratymcze dłonie

Po rękojeść w krzyżackim zatopione ścierwie !

Braterstwo krwi, którego żaden czas nie zerwie,

Żadna potęga z wspomnień ludów nie wymaże...

Rzeka płynie — dziękczynne odbija ołtarze

I krzyż jeden niedoli od wspólnego wroga..”

Tak mówi Niemen przez usta naszego pieśniarza wsi polskiej, Kaz. Laskowskiego, o pożogach i mordach drapieżnych Krzyżaków, dopokąd kresu tym walkom nie położyła unja dwóch państw ościennych, Litwy i Polski.

Największym rozkwitem cieszy się Grodno za czasów starostwa Antoniego Tyzenhauza, nadwornego podskarbiego Wielkiego Księstwa Litewskiego, który założył tu szkołę weterynarji, przekształconą później na instytut lekarski, mierniczą, budowniczych, korpus kadetów, ogród botaniczny, wydawał gazetę grodzieńską i tygodnik medyczny, sprowadzał cudzoziemców, którzy urządzają fabryki płótna, sukna, muślinów, jedwabi, pasów i powozów. Wielki ten i opatrznościowy mąż konającej już Polski stał się ofiarą intryg: pozbawiony został urzędów i majątku osobistego, z nim też runęły i najszlachetniejsze jego zamiary i czyny.

Przykre wrażenie uwożę z Grodna, miasta knowań i niecnych machinacyj drapieżnych sąsiadów a zdrad i upodlenia wśród uczestników sejmu rozbiorowego. Siadam na statek parowy, który mnie unosi w stronę Druskienik.

Niemen w całym swoim biegu od Grodna aż do Jurborga przebija się przez pagórkowatą wyżynę Bałtycką, płynie więc najczęściej w głębokiem łożysku, z trudem toruje sobie drogę i dlatego zatacza ciągłe łuki, a dno ma usiane w wielu miejscach głazami narzutowemi, tamującemi żeglugę. Widok na Niemen ze statku wspaniały.

<fot. STATEK NA NIEMNIE.>

„Swit biały... szare role… lasów klamra ciemna,

Gdzieniegdzie, po górkach, w rozbrzasku poświaty

Wynurza się z mgieł sinych grzebień niskiej chaty.

Niby czapka, wzniesiona ponad miedze płowe.

Rzekłbyś: że chłop na ranny pacierz odkrył głowę

I modli się pod krzyżem, co u polnej drogi

Rozpięty, nad litewskie wyniesiony bogi,

Niemnem, by stułą srebrną, dwie bratnie krainy

Przewiązał na wieczyste z sobą zaślubiny!

Gdzieniegdzie, z kęp sitowia, rozbudzone świtem

Zrywa się śpiewne ptactwo nad rzeki korytem,

Przelata, wzbija w górce skrzydłami lotnemi,

Niosąc słońcu i niebu pierwszy odgłos ziemi !

Już cały błękit ptasze posiały modlitwy…

Dnieje na obu brzegach Korony i Litwy !

Rzeka płynie… Powietrzem w słonecznej otęczy

Migoce, niby siatka z kądzieli pajęczej,

Lekkim wiatrem zerwana z promiennego ściegu

I jak kładka rzucona od brzegu do brzegu.

Więc idą po niej myśli hen ! w przestwórz błękitów,

Tam, gdzie oko nie sięga ! do dziejowych świtów !

W przedlatosie zarania ! na wieków mogiły !

Rzeka płynie… już fale się zaróżowiły

Jak twarz młodzieńca, gdy go z sennego marzenia

Rozbudzi uścisk słodki lubego ramienia !..

Już Niemen pocałunkiem powitał wybrzeża !..

Już dobył z głębin łuskę złotego pancerza !

Pierś okolił, pióropusz mgieł przypiął nad głową

I szepcze swojej ziemi swoją baśń tęczową !”

K. Laskowski.

Zaraz za Grodnem widzę niby śniegiem przyprószone pagórki kredowe, dalej bór zielony, kryjący liczne letniska miejskie, to znowu wioski nadbrzeżne, stada krów i koni na błoniach, słowem cały kalejdoskop przecudnych widoków, jakiemi hojnie szafuje ten, co go „chmiel krasnym przeskakiwał wiankiem, co Wilję w gwałtowne pochwycił ramiona”. Statek mknie szybko, wkrótce zatrzymuje się: na piaszczystej polanie, na tle zieleni drzew widzę mnóstwo osób oczekujących: to Druskieniki.

Po głębokim piasku wdzieram się na wysoki brzeg Niemna, świeża zieleń topoli i sosen otacza mię dokoła, przez długi czas nie widzę domów i miasta, które formalnie tonie w morzu drzew leśnych. Tutaj kuracjusz znajduje nie tylko wody lecznicze: powietrze przesycone balsamicznym aromatem sosen, grunt przepuszczalny, pozbawiony błota, mnóstwo drzew, łagodzących upał słoneczny, widoki, nęcące swoją pięknością, spacery po parku i lesie z prastarą sosną „prababką” i ponad brzegami uroczego Niemna i Rotniczanki, wijącej się w głębokim parowie. Wśród rozległej polany ciche jezioro odbija w swej tafli kościołek wiejski, liczne wille dla letników i topole wyniosłe. Wszędzie widać dbałą gospodarkę zakładu. Brak tylko oświetlenia, pism w poczekalni, nowego przewodnika i łatwiejszej komunikacji kolejowej. Łazienki nowe, murowane, liczba ich znacznie powiększona. Wody druskienickie są bromo-jodowo-słone, zawierają nieco mniej soli, niż ciechocińskie, używane są z powodzeniem w cierpieniach skrofulicznych, reumatycznych, kataralnych i kobiecych. Druskieniki należą do osad dawnych. Tędy przeprawiali się najczęściej Krzyżacy podczas napadów na Litwę; tutaj w XIII w. znajdował się zamek litewski dla obrony przeprawy. Samo miasteczko, a właściwie wieś, ma ludność litewską i leży na granicy: Suwalszczyzny, Grodzieńszczyzny i Wileńszczyzny. Nazwę swą otrzymało od wyrazu litewskiego „druska”, co znaczy sól.

<fot. DRUSKJENIKI. NIEMEN.>

Kiedy i kto odkrył właściwości lecznicze źródeł druskienickich, historja milczy, lecz znane były od dawna. Później Stanisław August w przejeździe przez Litwę kazał zrobić analizę wody i odtąd miejscowość ta coraz więcej staje się uczęszczana. Dziś Druskieniki swojem pięknem położeniem ściągają licznych gości ze wszystkich stron Litwy, Królestwa i Rusi. Wygodne i obszerne wille, liczne hotele i domki miejscowej ludności dają przytułek 10 — 12 tysiącom kuracjuszów i letników. Kto raz zakosztował miłego tu pobytu, stale już jeździ na letnie wywczasy.

Z żalem żegnałem to piękne uzdrowisko, kiedy o wschodzie słońca białym woalem mgła je okryła, a las i krzewy echem kapeli ptasiej rozbrzmiały. Rosa obficie perliła się na zielonej murawie, a wielkie jej krople, niby brylanty, rzucały ognie tęczowe, co było zapowiedzią pogody. Po stałym promie, jak po moście, przebywam Niemen i staję na ziemi suwalskiej. Jeszcze raz spoglądam poza siebie i odtąd na rowerze udaję się szlakiem nieznanym, drogami polnemi, piaszczystemi.

<fot. DRU5KIENIKI   WIDOK OGÓLNY>

Wyobrażałem sobie, że tutaj rozpościerają się puszcze nieprzebyte, tymczasem ślad po nich zaledwie pozostał. Widzę jak na pobojowisku tysiące wyciętych sosen, przygotowanych do spławu po Niemnie. Przejeżdżam przez Janopol, Kożulańce, Werszele i Lejpuny, gdzie żyje lud biedny, ziemie tu piaszczyste, nieurodzajne.

Na chwilę zatrzymuję się w Lejpunach, zwiedzam okazały kościół murowany, dwór i gorzelnię.

Z Lejpun mam doskonałą szosę, mogę więc bez zbytniego zmęczenia odbywać dalszą podróż.

W Kopciowie, małem i nędznem miasteczku, oprócz drewnianego, nieogrodzonego kościołka i małej fabryczki, wyrabiającej części do pługa, nic więcej nie znajduję, jedynie cmentarz miejscowy kryje śmiertelne szczątki bohaterki z roku 1831, Emilji Plater.

Ubogi krajobraz ciągnie się szerokim pasem południowej części Suwalszczyzny, aż do jej zachodniej granicy. Poza Kopciowem występują częste jałowe pagórki wyżyny Bałtyckiej, nagie i nieobsiane.

Ciągle na widnokręgu po obu stronach szosy w licznych zagłębieniach widzę najróżnorodniejszych kształtów i wielkości jeziora o pięknym szafirze wód przezroczystych, otoczonych bądź rdzawego koloru piaskami, bądź trawą lub lasami. Jestem w krainie jezior polskich, t. zw. pojezierzu Augustowskiem, gdzie na niewielkiej stosunkowo przestrzeni znajduje się ich około pięciuset. Naraz widoki wód mi znikają, wkraczam do wielkiego boru rządowego, dawnej puszczy Olickiej. Na szosie pustka i cisza. Dopiero za lasem spotykam ludzi przy pracy, widzę kościołek drewniany we wsi Berzniki.

W rozmowie z mieszkańcami dowiaduję się, że tutaj i w wielu jeszcze innych miejscach kościół stał się podczas nabożeństwa widownią gorszących zajść o język. Mała garść Litwinów, sfanatyzowana przez niecnych agitatorów, znalazła poparcie w miejscowem duchowieństwie pochodzenia litewskiego i wyrugowała z kościoła dotychczas jedynie używany język polski. Biedni berżniczanie ze łzami w oczach opowiadali o tak przykrem zajściu i ubolewali, że muszą się uczyć po litewsku, by we wspólnych modłach mogli oddawać cześć Bogu.

W powiecie sejneńskim mieszkają nielicznie Litwini. Związane silnie węzłem unji te dwa sąsiednie narody nie znały, co waśnie i kłótnie, lecz już pod koniec XIX w. na Litwie zaczyna się agitacja na tle separatyzmu narodowego. Podszepty wrogów znajdują grunt podatny w niektórych sferach litewskich: rozpoczyna się walka w kościele i szkole, między chatą i dworem. O ile mogłem zauważyć w czasie krótkiego pobytu, przekonałem się, że lud nie żywi wrogich zamiarów do Polski, tem bardziej, że nie ma do tego podstaw historycznych. Wszak myśmy dali Litwie klejnot wolności, wnieśli kulturę zachodnią, a na jej najświętsze prawa narodowościowe nie czyniliśmy najmniejszego zamachu. Litwini sami za czasów swej niepodległości dobrowolnie przejmowali język białoruski, a później polski i używali go w urzędach, kościele i szkole, język litewski jako gwara istniał tylko wśród ludu.

<fot. SEJNY    KATEDRA>

W paru wioskach za Berżnikami spotykam filiponów, ofiary religijnej niewoli rosyjskiej. Filiponi jeszcze w XVIII w. za oderwanie się od cerkwi prawosławnej byli prześladowani przez rząd rosyjski i rozrzuceni po kresach państwa i nawet poza granicami jego, jak na Mazurach pruskich i w Ameryce.

<fot. SEJNY.   WNĘTRZE KATEDRY.>

Do wiary swej przywiązani są bardzo, w niej się rodzą i umierają, ale się łatwo wynaradawiają, przejmując mowę Litwinów i Polaków.

Zbliżam się do Sejn. Wysokie wieże katedry widzę z daleka. Jak na stolicę diecezji, miasto przedstawia się bardzo nędznie: małe domy, przeważnie drewniane, jedyny kościół podominikański, dzisiejsza katedra, w stylu barokowym jest całą jego ozdobą. W wielkim ołtarzu kościoła cudowna statua Matki Boskiej ściągała licznych pątników z dalekiej okolicy za dawnych czasów. W dni odpustowe dominikanie występowali z całym przepychem: orkiestrą, śpiewami, kazaniami, procesjami, iluminacją i ogniami sztucznemi. Można sobie wyobrazić, jaką frekwencją musiały się cieszyć odpusty, kiedy z drobnych ofiar zbierano do dwóch korcy srebra i miedzi, nie licząc olbrzymich datków w naturze, a do obiadu zasiadało kilkaset osób.

<fot. WIGRY.     KOŚCIÓŁ.>

Po ostatnim rozbiorze Polski dzisiejsza Suwalszczyzna przyłączona została do Prus. -Powstała przeto potrzeba stworzenia nowej diecezji, gdyż ta część kraju za czasów Rzeczypospolitej była pod zarządem biskupa wileńskiego. Pierwsi biskupi powstałej diecezji zamieszkali w Wigrach, następnie przenieśli stolicę do Sejn. Utworzenie biskupstwa z seminarjum duchownem w Sejnach niewiele wpłynęło na rozwój miasta: pozostało małe, ubogie, pozbawione najprymitywniejszych udogodnień, gdyż nie tylko brak tu porządniejszych sklepów, restauracyj lub cukierni, ale nawet nie ma fryzjera, a czynność jego spełnia stolarz w swym brudnym warsztacie z trumnami.

<fot. WIGRY.     WIELKI OŁTARZ.>

Sejny, jak wszystkie miasta Suwalszczyzny, powstały w czasach późniejszych, dopiero w XVI w., na przetrzebionych obszarach puszczy Olickiej. Otoczone jeszcze lasami, prowadzą znaczny handel grzybami suszonemi.

Na zachód od Sejn szosa znów biegnie wśród jezior, woda się lśni i błyska pod wpływem jaskrawych promieni słońca, ożywczy wiaterek donosi plusk fal o rdzawe piaski nadbrzeżne.

Nareszcie wynurza się olbrzymia tafla wodna, widzę strzelające w niebo z wysokiego pagórka wysmukłe dwie wieże: to Wigry, największe jezioro w granicach Suwalszczyzny i słynny klasztor kamedułów. Szumiały tu niegdyś lasy olbrzymie, a nawet i dziś wysmukłe sosny kąpią zielone korony w nurtach jeziora. Do puszcz tych często zjeżdżali książęta litewscy na łowy.

Za panowania Władysława IV przybyli z Włoch kameduli zakładają w uroczej tej miejscowości pośród puszcz i jezior klasztor i pustelnię. Król Jan Kazimierz szczególniejszą otacza ich pieczą, ażeby modłami swemi uprosili Boga o odwrócenie klęsk, jak potop na kraj spadających. Pod budowę klasztoru wybrano wyspę, na której, według podania, wiedźmy z czartami harce urządzały. Wyspa ta później połączona została groblą z lądem, ażeby ułatwić dostęp do klasztoru.

Piękna i okazała świątynia, otoczona murem dokoła, dominuje nad całą okolicą. Wewnątrz posiada artystycznej roboty ołtarze i obrazy Smuglewicza, w podziemiach spoczywa pierwszy biskup diecezji wigierskiej, ks. Karpowicz. Dawny klasztor, późniejszą katedrę, zamieniono dziś na kościół parafjalny; pustelnie zakonu, otoczone ogródkami, znikły zupełnie. Obecny ksiądz proboszcz, chcąc pamięć o nich przywrócić, wybudował w ogrodzie klasztornym erem kamedulski, gdzie urządził altanę.

Pierwsi zakonnicy włożyli tu pracy niemało: karczowali lasy, zakładali wsie i folwarki, urządzali liczne huty, tworzyli ogrody owocowe i warzywne, zaprowadzali zwierzyniec, zarybiali jeziora wytwornemi gatunkami ryb.

„Dobrze im było. Pola i ogrody dostarczały chleba, owoców i jarzyn, lasy — zwierzyny, jeziora i rzeki — ryb wszelkiego gatunku. Nowa ojczyzna nie mogli tylko dać mnichom południowych przysmaków, jakie zwykli jadać w czasach młodości. Mając w posiadaniu cały szereg jezior, marzyli, jakby zarybić je smacznemi siejami, które tak często spożywali pod błękitnem niebem Włoch. Ojciec Barnaba, jako największy znawca klasztorny sztuki kulinarnej, stale biedził swą szronem przyprószoną głowę, jakby sprowadzić wspomniane sieje, bardzo wrażliwe i bardzo delikatne, gdyż przy najmniejszym dotyku i zmianie warunków momentalnie życie tracą. I dniem i nocą myśli Barnaba, zapomniał o pracy, posiłku, pacierzach, w celi czas spędza jedynie. Godziny płyną, zbliża się północ, na wieży bije dwunasta. Naraz wśród ciszy niezamąconej jakiś szum nieznany o uszy się jego obija, woń siarki w nozdrzach kręci i łzy wyciska, a para światełek razi oczy, oślepia i strachem wielkim przejmuje. Chce krzyczeć — głos mu zamiera, chce się żegnać — ręka odmawia posłuszeństwa, uciekać nie może — nogi zesztywniały. Przed nim stoi djabeł wyfraczony w cylindrze na głowie. Kłania się grzecznie, w ojczystej mowie Włocha pozdrawia i tak doń mówi uprzejmie:

— Wielebny ojcze, wiem, nad czem myślisz całemi dniami i spać nie możesz. Bez mej pomocy nic nie poradzisz, choćbyś i lata całe się zastanawiał. Życie przeminie i siei nigdy nie pokosztujesz. Ja jeden mocen dostarczyć ci wytwornych rybek, drgających życiem, musisz się tylko wyrzec Boga, duszę zapisać Lucyperowi.

Cieszy się djabeł z swej misji podstępnej i czeka pomyślnej odpowiedzi. Barnaba zwolna przychodzi do siebie, nieśmiałym głosem, drżącym ze strachu, przyjmuje propozycję biesa, chce tylko, by wody wigierskie zaroiły się od smacznych siei.

Djabeł nie daje pokoju księdzu, nowe warunki dyktuje:

— Jeżeli zjawię się z Włoch w umówionym terminie, wówczas dusza twa, księże, do mnie należy, spóźnię się, na karę piekła zasłużę, ciebie zostawię w spokoju, ryby rozrzucę po wodzie.

Zadumał się Barnaba. Nierad by duszy zaprzedać, Bogu ją poświęcił; sieja smaczna, pachnąca, ślinka się ciśnie do gardła. Trudny wybór, twardy orzech do zgryzienia. Ale od czego fortel? Przecież i djabła oszukać można. Dowcipem mnisi są silni.

— Przy twoim sprycie djabelskim stracisz na drogę zapewne z kilka dni najmniej?

Cieszy się kusy, że dusze już posiadł, bo za godzinę gotów się stawić.

— Verbum nobile, księżuniu, musimy uczynić wzajem, cyrograf podpisać. Dla mnie godzina wystarczy. Wrócę w terminie, duszy zażądam, spóźnię się choć chwilkę odejdę, lecz sieje w obu wypadkach wrzucę do wody, zarybię jeziora wasze.

Sprytny Barnaba bardziej naciera na czarta, w ambicję go wbija i w pychę, trzydzieści minut wyznacza na podróż, licząc, że duszę ocali i sieje jeść będzie do syta.

Zgrzytnął syn piekła, zaklął, kominem wyleciał, w powietrzu wiatr zawył, fale się wzdęły na cichem jeziorze. Zakonnik rad był z fortelu, nie wierzył, by djabeł mógł wrócić w ciągu pół godziny i śmiejąc się z podstępu, potężny zażył niuch tabaki. Kichnął raz, drugi, myśli znów płyną po głowie, twarz się nasępia, poważnieje, na czole bruzdy powstają.

— I cóżem uczynił dobrego? Nuż wróci? Co robić i jak się bronić? Verbum nobile!... Zginąłem!...

Dreszcz go przeszywa, jak w febrze. Pot zimny spływa po twarzy.

— Memento mori!... Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu!... Boże!... bądź!... miłościw!...

W modlitwie zatapia się cały, krzyż znaczy na czole i piersiach, do krucyfiksu przylgnął ustami, rozmawia z Bogiem, spowiedź mu czyni powszechną, z zegara oka nie spuszcza. Naraz huk słyszy, jak grzmot potężny, pioruny biją, wody jeziora pienią się i tłuką o mury klasztoru, drży ziemia w posadach, nastaje sądu godzina. Barnaba krzyżem pada na ziemię, próbuje się modlić—usta posłuszeństwa odmawiają, ucho tylko nie zawodzi; słyszy bicie zegara i liczy:

— Jeden... dwa... Cud!—krzyczy:—Cud się stał nade mną! Dzięki Ci, Boże! Dzięki! Tyś mnie wybawił z rąk djabła! Panie! przyjmij mą duszę zbłąkaną. Przebacz i nie pamiętaj, com uczynił. Mea culpa, mea maxima culpa!

Gdy tak się modli, słyszy naprawdę szum straszny, wiatr wyje i huczy, drzewa się łamią, wspienione jezioro falą się wielką obija o mury klasztoru, na wodach plusk ryb się rozlega. Spóźniony djabeł ze złości gniecie biedne stworzenia, aż krwią się ich łebki zalały. I odtąd zawsze po wydobyciu z wody zaróżowiona jest sieja i wiatr się tłucze o szyby klasztoru, chłodem przejmując o każdej porze”.

Takie podanie wśród ludu istnieje o siei wigierskiej.

Do klasztoru należały niegdyś olbrzymie dobra, obecnie znajdują się w posiadaniu rządu. Wody wigierskie wraz z rybami wypuszczane są w dzierżawę, a że gospodarka rybna wód naszych jest prowadzona rabunkowo, nic więc dziwnego, że w obfitem w ryby jeziorze brak ich odczuwać się daje i smaczne nadzwyczaj sieje należą do rzadkości.

Cudnie wygląda jezioro Wigierskie podczas letniej pogody, kiedy o zmroku cisza zupełna w powietrzu nastaje. Jego kryształowa powierzchnia majestatyczną powagę przybiera. Pora ta najlepiej nadaje się do wycieczek łodzią. Rytmiczny plusk wioseł przerywa na chwilę dzwon z wieży kościelnej na Anioł Pański, i znowu cisza dokoła. Powoli wynurza się księżyc, ciekawie spoziera w głąb toni. Za jego przykładem idą miljardy gwiazdek srebrzystych i jak brylanty lśnią się w jeziorze. Co za odpoczynek dla chorych nerwowo! Szkoda, że nikt tu nie pomyślał o urządzeniu letniska w przylegającym lesie sosnowym. Jezioro Wigierskie nie tylko malowniczością położenia się odznacza: jest ono największem śród pojezierza Augustowskiego w granicach naszego kraju. Ogólny obszar wód jego wynosi 20,9 wiorst kw. Stare jego łożyska zajmowało znacznie większą przestrzeń, a miasto Suwałki, odległe o 10 wiorst drogi, leży w dawnej jego kotlinie. Wycięcie lasów. ciągłe zamulanie dna przez wpadające strumyki i przepływającą przezeń Czarną Hańczę powoduje kurczenie się wód jeziora. Zjawisko to nie jest wyłączną cechą jeziora Wigierskiego, to samo widzieć się daje i w innych, niektóre wyschły zupełnie.

Wody jego swym kształtem przypominają literę „S”. Długość linji esowatej wynosi 17, szerokość do 2 i pół wiorst, a głębokość największa do 150 stóp. Woda w jeziorze ma odcień zielonkawy, jest jednak czysta zupełnie. Prócz siei już na wymarciu, w wodach jego znajduje się obfitość sielaw, pstrągów, szczupaków i raków, chociaż te ostatnie wskutek jakiejś zarazy wyginęły prawie zupełnie. Jezioro posiada kilka wysp i wysepek, które dodają mu jeszcze więcej wdzięku. Na brzegach jego rozrzucone są wioski, pnie się bór sosnowy, na miejscach niskich rozciągają się torfowiska i łąki kwieciste.

Z prawdziwym żalem rozstaję się z uroczem jeziorem Wigierskiem i dążę do Suwałk, które wyglądem zewnętrznym niczem nie przypominają stolicy gubernji: tworzy je właściwie jedna szeroka, biegnąca wzdłuż szosy ulica, która, nie wiem dla jakich powodów, otrzymała nazwę Petersburskiego Prospektu. Ulica ta posiada domy murowane, gdzie mieszczą się wszelkie biura rządowe i prywatne, szkoły i kościoły. Na kilku bocznych, bardzo krótkich, nie ma nawet bruków, a domy drewniane. Ozdobą miasta jest kościół katolicki w stylu doryckim i ogród spacerowy. Oddzielną dzielnicę stanowią olbrzymie koszary wojskowe, gdzie kwaterowało mnóstwo wojska ze względu na bliską granicę. Suwałki, po odrzuceniu przeważającej liczby Żydów, są miastem na wskroś polskiem, podziwiam więc nadzwyczajną gorliwość gubernatorów, którzy starannie usunęli szyldy i napisy polskie, a dorożkarzy przebrali w bufiaste szaty i szerokie cylinderki, by choć zewnętrznie nadać grodowi charakter rosyjski. Jakie wrażenie wywrą tak doniosłe reformy na ludność miejscową, nad tem zapewne nie pomyśleli wielcy reformatorzy.

<fot. CZARNA HAŃCZA.>

Suwałki ściśle związane są z historją Wigier. Początek im dali kameduli, którzy na olbrzymich puszczach tworzyli osady i sprowadzali kolonistów z Mazowsza, Podlasia i Litwy.

Na południo-zachodzie Suwałk, w pobliżu miasteczka Raczek, znajduje się wieś Dowspuda z pięknemi ruinami zamku Paca, tego wielkiego estety, o którym mówi przysłowie: „Wart Pac pałaca, a pałac Paca”.

<ryc. DOWSPUDA.    PAŁAC PACA.>

<ryc. DOWSPUDA.    PAŁAC PACA.>

Suwałki mają szczęśliwe położenie, zewsząd otaczają je piękne okolice, które służą za cel częstych wycieczek mieszkańców.

Gdym przybył do Suwałk, rozpoczął się znowu okres deszczowy, który mi bardzo przeszkadzał w wycieczce i zmuszał często do przesiadywania w nieodpowiednich warunkach całemi dniami, a nawet przyczynił się do zmiany marszruty, gdyż za Władysławowem szosa się skończyła, boczne zaś drogi na gruncie gliniastym stały się nie do przebycia na rowerze. Trzeba było wyrzec się zwiedzenia Sudarg i Jurborga, miast pogranicznych z Prusami.

<fot. WIDOK Z POWIATU SUWALSKIEGO.>

Traktem kowieńskim jadę do Kalwarji. Zaraz za Suwałkami widzę, jak mały pastuszek biegnie za rowerem i podaje mi bukiecik chabrów. Niezwykłe zdarzenie w życiu cyklisty, który w pobliżu Warszawy bywa narażony nie tylko na przezwiska, lecz nawet kamieniem często dostaje.

Na 19-ej wiorście zatrzymuję się w Szypliszkach. Spotykam gromadkę wieśniaków, wdaję się z nimi w rozmowę, zwracam uwagę na liche grunta i biedne urodzaje, lecz chłopi z dumą mi mówią: —„U nas ta, panie, pół biedy, ale w Sopoćkiniach (osada pod Grodnem) wiatr sieje, wiatr bronuje”. — Do samej Kalwarii przeważa jeszcze żywioł polski, wszędzie słyszę śpiewną mowę naszą. Znajduję tu jednak pamiątki litewskie w postaci usypisk pagórkowatych, tak zwane „pile”. Były to niegdyś miejsca obronne, na których nawet zamki stawiano.

<fot. SZESZUPA.        PILKALNIA.>

Kalwarja jest miastem powiatowem, zamieszkałem przez Żydów przeważnie, i dlatego nosi przydomek Żydowskiej dla odróżnienia od innych miejscowości tej samej nazwy. Jerzy Tyszkiewicz, biskup żmudzki, projektował tu stworzyć kalwarję na podobieństwo jerozolimskiej, stawiał kaplice, budował stacje. Dziś tylko pozostał kościół parafjalny. Miasto jest brudne, ulice pełne błota, za miastem duże koszary wojskowe. Płynąca tutaj rzeka Szeszupa ma brzegi niskie, błotniste.

Dalej na północ procent Polaków znacznie się zmniejsza, lecz do Marjampola jeszcze się można rozmówić po polsku. Ziemia zaczyna się więcej urodzajna, widać też większy dobrobyt.

Wśród pięknych łanów pszenicy i jęczmienia nad rzeką Szeszupą leży jedno z najładniejszych miast Suwalszczyzny Marjampol. Zabudowany starannie, domy ma murowane, ulice szerokie, po bokach wygodne chodniki, jest tu i ogród spacerowy czysto utrzymany, gimnazjum klasyczne, gdzie przeważnie zamożni chłopi okoliczni kształcą swych synów, są tu i sklepy bogatsze, nawet jubilerskie, brak tylko napisów polskich na rogach ulic i szyldach, jak gdyby Marjampol znajdował się w głębokiej Rosji. A przecież mieszczaństwo, styl domów naszych miast rdzennego Mazowsza, kościół marjanów świadczą aż nadto o jego polskości.

<fot. KALWARJA       WIDOK OD STRONY KIRSNY.>

Jeszcze w XVIII w. szumiały tu puszcze odwieczne. Strzelcy puszczańscy dali początek osadzie, kościół zaś wybudowała starościna preńska z Butlerów Szczukowa i osadziła księży marjanów, którzy nadali nazwę powstającemu miastu. Marjanie, jak i kameduli w Wigrach, zajęli się karczowaniem lasów, zakładaniem wsi i folwarków, osiedlaniem kolonistów: Polaków, Litwinów i Niemców.

<fot. MARJAMPOL.     KAPLICZKA PRZYDROŻNA.>

Od Marjampola na północ zwartą już masą mieszkają Litwini. Na wsi nie sposób rozmówić się po polsku, wszędzie się słyszy: „ne supranto” (nie rozumiem). Tylko miasta wyglądają jak oazy, gdyż zawierają ludność polską wśród obszarów litewskich. Polacy, jako rzemieślnicy, przybywali w te strony w czasach późniejszych, kiedy zaczęły powstawać miasta. Pierwsi na tych leśnych przestrzeniach osiedlali się Litwini szczepu żmudzkiego i częścią pruskiego. Te bezludne prawie obszary otrzymują zasłużone ojczyźnie rody magnackie: Wiśniowieccy, Radziwiłłowie, Czartoryscy, Sapiehowie, Pacowie, Tyszkiewiczowie, Glińscy, Ogińscy, Wołłowiczowie, którzy wycinają lasy, wznoszą klasztory, zakładają miasta. Na wyciętych polanach żyznych i urodzajnych pierwotni bartnicy stają się rolnikami i hodowcami bydła. Część południowa Suwalszczyzny dotyka granic Mazowsza, tutaj też gęściej Polacy się osiedlają, w augustowskim powiecie zwartą masą mieszkają, w suwalskim i zachodnim sejneńskim znaczny stanowią odsetek. Powierzchownie te dwa bratnie narody niewiele się różnią, chyba w ruchach, w wyrazie twarzy i stroju. Polak ma ruchy lekkie, wyraz oczu szczery, wesoły, twarz uśmiechniętą, nosi strój narodowy. Litwin więcej ociężały, ruchy ma niezgrabne, twarz marsowatą i nasępioną, strój wyłącznie miejski, na nogach łapcie u biednych. Wioski polskie ładniej się przedstawiają, aniżeli litewskie, w budowie domów znać więcej poczucia estetycznego. Domy litewskie przypominają swoją strukturą nasze dawne chaty kurne.

Litwin przechodził długie i ciężkie lata niewoli, dopiero przyjęcie chrześcijaństwa i unja z Polską dają mu prawa człowieka. W pieśni weselnej nie brzmi nuta radości, raczej uczucie smutku, tęsknoty i jakiejś obawy. Żyjąc długo w pogaństwie, przechował z tych czasów wiele obrzędów, które tak pięknie odzwierciedlił wieszcz nasz Adam Mickiewicz w II części „Dziadów”.

Pierwsi Litwini zajmowali się myśliwstwem i pszczelarstwem, choć i rolnictwo sięga niepamiętnych czasów. Zarówno w okresie pogaństwa jak i chrześcijaństwa Litwini są bardzo przywiązani do wiary i głęboko religijni. W stosunkach sąsiedzkich są grzeczni i ustępliwi, a wyprowadzeni z równowagi — gwałtowni i mściwi.

W pobliżu Marjampola, we wsi Kiertułaki miałem sposobność poznania zamożnego włościanina, właściciela trzywłókowego gospodarstwa. Litwin ten mówił cokolwiek po polsku, z gospodynią była trudniejsza sprawa, musiałem prowadzić rozmowę przy pomocy tłumacza. Tutaj naocznie przekonałem się, że lud litewski jest pracowity, oszczędny, zapobiegliwy i trzeźwy. Podobnie zamożnych włościan u nas można spotkać tylko na Kujawach. Ciekawie przedstawił mi się dworek: przyzwoite umeblowanie, na ścianach obrazki historyczne z przeszłości Litwy, w szafce książki i pisma litewskie, na stole eleganckie nakrycie, przyjęcie sute, gościnność polska. Gdym zwiedzał dziedziniec i zabudowania gospodarcze, uderzył mnie ład i porządek, widziałem ulepszone pługi i brony, żniwiarkę, grabiarki, postęp na każdym kroku, jak w zamożnym dworze.

Ziemia na całej przestrzeni aż po Niemen jest bardzo urodzajna, sieją przeważnie jęczmień na eksport do Niemiec, żyto i pszenicę. Południe ubogie, piaszczyste, nieurodzajne.

Południowi Litwini zmiękczają głoskę „d”, wymawiając ją jako „dz” i dlatego nazywają ich „dzukami” , w mowie używają wielu polonizmów. Długo Litwini walczyli z rządem rosyjskim o książki i pisma i kolportowali je z zagranicy, gdyż Rosjanie gwałtem chcieli im narzucić swój alfabet.

„Gdy na lud ten człek spoziera,
To aż serce żal opłynie
l zapytać chęć go zbiera:
Co ci to, Litwinie?
Ale Litwin nie wygada,
Bo w tej duszy hart nie lada!
Lud to cichy, rzewny, skryty,
Jak to mówią: kuty, bity;
Kiedy szczery, jak wosk topnie,
Ale gdy go kto zahaczy,
To i w grobie nie przebaczy
I na końcu swego dopnie!
Choć kraj jego nie bogaty,
Radzi sobie, bo oszczędny;
Nie marnuje grosz na szaty,
Bo rozsądny i oględny.
Nie zwykł on się kochać w krasie,
Ale myśli o zapasie
l dobytek w dom gromadzi,
I o „jutrze” wiecznie radzi.
Toteż znajdziesz w każdej porze
W bród wszystkiego, jak w komorze,
Czy w krajance, czy w gomółce,

Jest w serniku ser na półce;
Wiszą kumpie i wędliny,
I półgęski i świniny;
Obok w długich żerdziach ryby,
Z siatki pachną leśne grzyby,
A kwas czysty, miasto wody.
W lochu stoją białe miody,
Wódki stare i nalewki,
I rok cały lód przeleży.
A już w świrnie wiszą wianki
I rozliczne przyodziewki:
Płótna cienkie, jasne tkanki
I przybory do odzieży.
W kuble stoi ów miód święty,
A dokoła włok rozpięty.
Przy łuczywie u komina
Przędzie miękki len drużyna;
A w pobliżu dziatwy zdrowej
Toczy kołem wąż domowy.
Krosna stoją w małem oknie,
I czółenko pływa w włóknie,
Pieśni płyną, jak uroda,
A wiek schodzi, niby woda.

W. Pol.                

W północno-zachodniej stronie Marjampola, w również urodzajnej okolicy, a w granicach dawnej puszczy preńskiej, nad rzeką Szejmeną, dopływem Szyrwinty, leży miasto powiatowe Wyłkowyszki. Nazwę swą „wycia wilków” zawdzięczają olbrzymim stadom tych drapieżników, jakie tu grasowały za dawnych czasów. Dziś okolica miasta zupełnie bezleśna, a nazwa jego zakrawa na ironję. Wyłkowyszki posiadają ładny kościół katolicki w kształcie krzyża, zabudowania dawnego starostwa, sortownie szczeciny, poza tem nic ciekawego tu nie ma, chyba stosunek procentowy ludności, wśród której 75% stanowią Żydzi, reszta Polacy i Niemcy koloniści, którzy mają nawet swoją świątynię.

Nad szosą, prowadzącą do Wierzbołowa, na czwartej wiorście, w malowniczem położeniu, nad jeziorem, znajduje się piękna rezydencja wielkopańska Pojeziory, a o kilka wiorst dalej wieś Olwita z bardzo ładnym kościołem i kaplicą z grobami rodziny Gawrońskich, właścicieli majątku. Świątynia ta wraz z kaplicą przypomina bardzo kościół św. Piotra i Pawła na Koszykach w Warszawie.

W czterech wiorstach od Olwity leży Wierzbolów, niegdyś duża komora celna na drodze, łączącej Petersburg z Berlinem, toteż miasto kwitło i rozwijało się. Teraz komora przeniesiona na samą granicę do Kibart, Wierzbołów podupadł i stał się miastem ubogiem i cichem. Ulice i rynek niebrukowane, podominikański kościół w czasie mego przejazdu był w stadjum gruntownej restauracji.

Kibarty po zaprowadzeniu komory rosną i rozwijają się szybko. Na stacji ruch wielki, gdyż linja kolejowa łączy Europę zachodnią z północną i środkową Rosją. Rzeka Szyrwinta, nad którą leżą Kibarty, płynie po granicy z Prusami. Miasteczko, oprócz komory, nic ciekawego nie przedstawia, nie ma tu nawet kościoła, za to cerkiew okazała.

W widłach dwóch rzek: Szeszupy i Szyrwinty, na samej granicy z Prusami, znajduje się miasto powiatowe Władyslawów. Założone przez Cecylję Renatę, żonę Władysława IV, i nazwane tak od imienia męża, doznawało ze strony królowej starannej opieki. Założycielka zbudowała też i kościół karmelitów, początkowo drewniany, później murowany, o trzech nawach i dwóch wieżach frontowych. Miasto obecnie ma wygląd bardzo skromny, nawet ubogi, a zbłąkany turysta nie ma się gdzie posilić i przespać.

Chociaż na mapach Królestwa Polskiego figuruje szosa z Władysławowa do Szak i Jurborga, w rzeczywistości nic podobnego niema. Jeszcze do Syntowt, wsi kościelnej, znajdującej się o 14 w. od Władysławowa, droga przypomina szosę, dalej zaś idzie zwyczajny trakt pocztowy przez miejsca gliniaste, na których po świeżo spadłych deszczach poruszać się nie sposób, gdyż tłusta glina lepi się do nóg i kół roweru. Zmuszony byłem obrać najkrótszą drogę do Niemna i statkiem parowym przejechać do Kowna.

Szaki należą do najstarszych osad Suwalszczyzny. W roku 1352 Krzyżacy pustoszą miasto i zakładają tu zamek drewniany. W znacznie późniejszych czasach część puszczy Jurborskiej z Szakami otrzymują Czartoryscy, wznoszą tu kościół drewniany, istniejący dotychczas, sprowadzają rzemieślników, obdarzają ich przywilejami. Szaki nie znalazły warunków do większego rozwoju: są brudne, niebrukowane, domki małe, drewniane, mieszczaństwa chrześcijańskiego bardzo mało, Żydów zaś 90%. W jedynym przytułku dla obcych, herbaciarni kuratorium trzeźwości, dojrzałem porozwieszane na ścianach najróżnorodniejsze dewizy dla pijaków.

„Od wódki — rozum krótki; trzeźwość — to zdrowie; na dnie kielicha — chytry djabeł czyha; trzeźwość — to majątek; nie w trunku tkwi zabawa; wódka cieszy przez kwadrans — a smuci przez dobę; wszak nie na to pracujesz dni sześć — byś w siódmym wszystko przepił i nie miał co jeść; kto się przyzwoicie bawi w trzeźwym tonie — nie przysporzy smutku dzieciom ani żonie”.

Szkoda, że tak piękne myśli i przysłowia nie znalazły pomieszczenia w sklepach monopolowych i szynkach, tych rozsadnikach zgnilizny moralnej.

Za Szakarni zaczynają się rozległe dobra Giełgudyszki, należące początkowo do Czartoryskich, obecnie są własnością Komarów. Po drodze często napotykam piękne lasy iglaste, przeważnie świerkowe, tak ciemne i ponure, jak noc jesienna na nowiu.

Zabawne sceny powstają, gdy się chcę spytać o drogę lub gdy do mnie się zwraca ktokolwiek. Lakonicznemu „ne supranto” towarzyszy machanie ręką, zakłopotanie i kręcenie głową.

Piękne jest położenie Giełgudyszek. Pałac na tle zieleni ogrodu zbudowany jest na wysokim zboczu łożyska rzecznego, u dołu szeroki pas niziny nadbrzeżnej, gdzie otoczony wysokiemi sosnami gotycki kościołek wysmukłą wieżycą strzela ponad wierzchołki drzew, tuląc u stóp swych wioskę niewielką, dalej szeroka wstęga Niemna, rzucona artystycznie w licznych esowatych zagięciach i serpentynach.

Do Giełgudyszek należą 23 folwarki i olbrzymie lasy. Do niedawna jeszcze właścicielem tego wielkiego majątku był Niemiec, baron Keudell, który założył fabrykę serów szwajcarskich pod nazwą kajdlowskich. Krowy rasy holenderskiej i brandenburskiej dają dziennie do pięciuset garncy mleka, z którego specjalista Szwajcar wyrabia wspomniany gatunek sera, a z odpadków mlecznych — masło.

Po tej samej stronie Niemna, o parę wiorst od Giełgudyszek, na wysokim brzegu, wśród krzewów i lasu znajdują się resztki dawnego zamku krzyżackiego. Ongi było ich mnóstwo po obu brzegach rzeki. Pięknie się zachował zamek krzyżacki, t. zw. „zamek Giełguda”, po drugiej stronie Niemna, wprost Giełgudyszek. Majątek ten był własnością jenerała Giełguda, smutnej pamięci bohatera 1831 r. Mury dawnego zamku tworzą podkowę z dwiema basztami po rogach, w których strzelnice okrągłe krzyżem są zakończone. Zamek ten tworzył niegdyś czworobok z czterema wieżami obronnemi i otaczał duży dziedziniec. Głębokie fosy dokoła zamku świadczą, że choć znajdował się na wysokiej górze, mógł być otoczony wodą podczas oblężenia. Pod zamkiem ciągną się rozległe sklepy, dziś w wielu miejscach zasypane. Na parterze znalazłem mieszkanie stróża, na piętrze pustka, komnaty niewielkie, widać jeszcze ślady malowideł na ścianach z okien przecudny widok na Giełgudyszki i Niemen. Obecny właściciel pozostałego zabytku krzyżackiego z XIV wieku, hr. Pusłowski, dał nowy dach nad zamkiem, aby go uchronić od niszczącego działania opadów atmosferycznych.

Wrażliwym na piękno natury i krajobrazy swojskie radziłbym odbyć wycieczkę po Niemnie w pogodny dzień słoneczny, kiedy bogata natura pod wpływem silnego oświetlenia i ożywczych promieni staje się stokroć ciekawszą i cudniejszą. Do najpiękniejszych widoków swojskich bez wątpienia należą brzegi Niemna, a my go tak mało znamy, niestety, chyba z poezji i pieśni.

Trzy dni czekałem w Giełgudyszkach na lepszą pogodę. 9 sierpnia o 8-ej rano wsiadłem na statek, krążący między Jurborgiem a Kownem. Pogoda była niepewna, ołowiane chmury zasłaniały horyzont i chłodem przejmowały. Chwilami przezierało słońce, to znowu deszczyk rosił. Nieznane okolice i piękne widoki nie pozwalały mi jednak szukać schronienia w kajucie, cały czas ośmiogodzinnej wycieczki przesiedziałem na pokładzie. Widoki zmieniały się ciągle. Wysokie brzegi Niemna usiane są gęsto po obu. stronach wioskami i miasteczkami, w przerwach okryte złocistemi niwami, ukwieconemi łąkami, szmaragdowemi pastwiskami, krzewami głogów i berberysów. Z miasteczek i wiosek strzela w obłoki wysmukła wieżyca kościelna, to baszta zamkowa, ten świadek widomy dawnego panowania krwiożerczych mnichów, to resztki ich siedzib w postaci już tylko ruin i wałów obronnych, przywodzących na pamięć ciągłe zmaganie się Litwy z przemocą krzyżacką, to harmonijne kontury dworu szlacheckiego, skąd bije prostota i piękno zarazem, to resztki puszcz wielkich szumiących prastarą pieśń wajdelotów. Wzdłuż Niemna ciągnęły się liczne gaje, święte dęby i zdroje lecznicze, gdzie bogom składano objaty. W gajach słowik czuł się swobodny, bezpiecznie swą pieśń zawodził i echem po falach rozbrzmiewał. Tu również wznosiły się pierwsze grody warowne, świątynie pogańskie, osady handlowe.

Nieco dalej od Niemna rozpościerała się puszcza z bujną roślinnością, liściastą przeważnie, jak cisy i lipy, gdzie znajdowały przytułek liczne stada żubrów, turów, niedźwiedzi, sarn i soboli, dostarczających obfitego pokarmu i ubrań nielicznym wtedy mieszkańcom. Oprócz zwierzyny w lasach mnóstwo było miodu z pszczół dzikich, jagód wszelkich gatunków, owoców i ryb rzecznych.

„… Zaczęli rozmowę o niebios błękitach,

Morskich szumach i wiatrach wonnych i skał szczytach,

Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem,

Śmiech i urąganie nad ojczystym krajem.

A przecież w koło nich ciągnęły się lasy

Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy!

Czeremchy, oplatane dzikich chmielów wieńcem,

Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,

Leszczyna, jak menada, z zielonemi berły,

Ubranemi jak w grona, w orzechowe perły;

A niżej dziatwa leśna: głóg w objęciu kalin,

Ożyna, czarne usta tuląca do malin.

Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce,

Jak do tańca stojące panny i młodzieńce.

Wkoło pary małżonków: stoi pośród grona

Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona

Wysmukłością kibici i barwy powabem:

Brzoza, biała kochanka, z małżonkiem swym grabem.

A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki

Patrzą, siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki.

Tam matrony topole i mchami brodaty

Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty.

A czy nie piękną jest nasza poczciwą brzezina,

Która, jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,

Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy

Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy?...”

Piękne miejscowości nadniemeńskie zasługują na uwagę nie tylko swojem położeniem, lecz i znaczeniem historycznem. Tu każda piędź ziemi zlana jest krwią i potem. Trzeba było ciągle nadstawiać pierś mężną przed naporem krzyżackim, wznosić szańce i zamki, w pocie czoła przygotowywać grunt pod uprawę zboża wśród puszcz rozległych.

Z szeregu osad nadniemeńskich na uwagę zasługuje Raudań z okazałym zamkiem krzyżackim. Miasteczko swą nazwę otrzymało od wyrazu litewskiego „raudonas”, co znaczy czerwony, od koloru murów zamkowych.

Dalej, po stronie Królestwa, wznosi się wieś kościelna Błogosławieństwo, nazwana tak od świętych gajów tutaj rosnących i świątyń pogańskich, skąd bogi litewskie błogosławieństwo na lud zsyłały.

Po przeciwnej stronie widać znowu Wielonę gdzie częste i krwawe staczano boje. Tu zginął śmiercią waleczną książę Giedymin, ten wielki bohater narodowy, i tu zwyczajem pogańskim spalony na stosie na górze zamkowej.

Przy ujściu Dubissy do Niemna niemniejsze znaczenie pod względem wojennym posiadały Srzedniki, gdzie również wznosił się zamek i często był oblegany przez Krzyżaków. Tu była główna świątynia pogańska, gdzie rządy sprawował kriwe-kriwejto.

Za Srzednikami idzie Belweder z pięknym pałacem. Poniemoń z kościołem, Sapieżyszki z dawną gontyną, na której miejscu wznosi się kościół katolicki, a w nim na ołtarzu widać ślady zębów końskich, gdyż w czasie wyprawy na Moskwę Napoleon I tu się zatrzymał i konie kazał umieścić.

W pobliżu Kowna nad Niewiażą Czerwony Dwór w malowniczem położeniu z pałacem Tyszkiewiczów.

Stąd się zarysowują kontury Kowna na tle uroczego krajobrazu dwóch najpiękniejszych rzek na Litwie, otoczonych wysokiemi wzgórzami, ocienionemi borami, błyskającemi chwilami gołą łysiną. U stąp towarzyszących rzece wzgórzy rozpościera się cudny kobierzec doliny rzecznej, utkanej z naszych traw i kwiatów, o której Litawor w „Grażynie” mówi:

„Widziałem piękną dolinę przy Kownie,

Kędy Rusałek dłoń wiosną i latem

Ściele murawę, kraśnym dzierzga kwiatem:

Jest to dolina — najpiękniejsza w świecie”.

<fot. KOWNO.           DOLINA MICKIEWICZA.>

Do Kowna zbiegają się zewsząd drogi wodne, bite, trakty i koleje. Dzięki tak dogodnemu położeniu miasto prowadzi znaczny handel i szybko się rozwija. W widłach rzek leży Kowno, poza rzekami — przedmieścia, połączone mostami, jako to: słoboda Wiljampolska na prawym brzegu Wilji, Aleksota w granicach Królestwa Polskiego na lewym brzegu Niemna, u stóp wysokiego zbocza górskiego łańcucha, otaczającego dolinę Kowieńską.

<fot. KOWNO.           STARE MIASTO.>

Miasto ma dwie dzielnice, jaskrawo odbijające od siebie: stara część Kowna niczem się nie różni od typu miast tejże epoki: ulice krzywe, wąskie, zacieśnione; nowa powstała niedawno na miejscach błotnistych, porosłych lasami, gdzie na noc, jak wspominają starzy mieszkańcy, zapadały kaczki na żerowisko, gdzie rechotanie żab i trele mnóstwa słowików, jak piękna symfonja rozbrzmiewały dokoła; resztki sosen jeszcze i dziś ocieniają gmach komendantury. Tutaj wytknięto ulice szerokie, poprzerzynane siecią tramwai, tutaj nowoczesne okazałe gmachy, tutaj bogate sklepy, hotele, składy i restauracje. Trzecią jakby dzielnicę miasta stanowi Góra Zielona, na której głównie rozpościera się duży i piękny ze względu na swe położenie ogród spacerowy, skąd widok na Kowno wspaniały: miasto jak na dłoni zarysowuje się ze wszystkiemi dzielnicami, domami, ulicami, ruchem pieszym i konnym.

<fot. KOWNO.           RATUSZ.>

Szybkiemu rozwojowi Kowna sprzyja nie tylko dogodna komunikacja, lecz i zamożność okolicy, urządzenie fortecy, skoncentrowanie znacznych sił wojennych, a urządzenie kanalizacji, zaprowadzenie światła elektrycznego i sieci tramwajów miejskich stawia je wyżej nad inne miasta.

Stara dzielnica Kowna posiada wiele kościołów, z których kilka zabrano na cerkwie; oczywista, zaraz nasadzono na nie kopuły bizantyjskie i pomalowano na kolor narodowy zielono — żółty. Taką maskaradę widzieć można we wszystkich większych miastach litewskich.

<fot. KOWNO.           DOM WITOLDA.>

Ze świątyń katolickich zasługuje na uwagę wspaniała katedra z XV wieku w stylu gotyckim z pięknemi freskami, kościół seminaryjny z tegoż okresu, kościół benedyktynek, parafjalny i karmelitów. Najciekawszym jednak zabytkiem przeszłości jest kamienica Witolda, niesłusznie zwana świątynią Perkuna, w stylu wiślano-bałtyckim, przypominająca swym szczytem zazębionym z bogatą sztukaterją kościół św. Anny w Wilnie, ten prawdziwie piękny okaz naszego budownictwa z XV w. Najstarszą pamiątką, sięgającą początkiem X wieku. są ruiny zamku, przytulone swemi szczątkami do opasujących je rzek: Niemna i Wilji.

<fot. KOWNO.           RUINY ZAMKU.>

Zamek ten był świadkiem wielu walk Litwinów z Krzyżakami, którzy, zanim zgnębili pogańskie Prusy, dalszych wypraw nie przedsiębrali. Dopiero za Giedymina posuwają się w głąb Litwy, podchodzą pod Kowno i odtąd miasto doznaje częstych napadów ze strony drapieżnych sąsiadów, aż koniec krwawym zapasom kładzie Grunwald.

Wtedy Władysław Jagiełło czyni wyprawę na Żmudź pogańską z krzyżem i wodą święconą, a jako podstawę do działań misyjnych obiera zamek kowieński. Dla Kowna zaczyna się okres rozwoju i chwały: kupcy niemieccy i angielscy zjeżdżają ze swemi towarami, w zamian zabierając surowce. Miasto się zabudowywa; powstają gmachy murowane i liczne świątynie chrześcijańskie. Kazimierz Jagiellończyk lubił często przebywać w Kownie, a Zygmunt August przyjmował tu wspaniale Jana, księcia finlandzkiego, brata króla szwedzkiego, Eryka.

<fot. KOWNO.           DOM, W KTÓRYM MIESZKAŁ MICKIEWICZ.>

W drugiej połowie XVII w., za staraniem Alberta Kojałowicza, znakomitego dziejopisarza litewskiego, urodzonego w Kownie, i brata jego, Kazimierza, wprowadzeni jezuici ufundowali kościół i kolegjum, zamienione po upadku zakonu przez komisję edukacyjną na szkołę podwydziałową, w której po ukończeniu wileńskiego uniwersytetu w 1819 r. otrzymał posadę nauczyciela literatury, historji i prawa Adam Mickiewicz. Przełożonym szkoły czyli prefektem był wówczas Stanisław Dobrowolski, człowiek prawy i szlachetnego serca, do którego całą duszą przylgnął nasz poeta i zamieszkał w jego domu, położonym wówczas poza miastem, a obecnie przy ulicy Garnizonowej.

Z trudem wielkim odszukałem tak pamiątkowy domek, uszkodzony bardzo przez ząb czasu, a dopomógł mi w odnalezieniu wieśniak z pięknej doliny Mickiewicza, gdzie w pozostałej jeszcze dąbrowie, nad cichym ruczajem, na pniu zrąbanego dębu, zwykł był siadywać poeta w gronie kolegów i często wygłaszać natchnione improwizacje. Dobrowolski nie przypuszczał zapewne, że jego domek wejdzie do obrębu nowomiejskiej dzielnicy i że zagrodzi nawet wylot ulicy. Gorliwy gubernator, któremu więcej chodziło o zrównanie z ziemią każdej pamiątki drogiej sercu Polaka, niż o wygląd estetyczny miasta, pomimo nadzwyczajnych starań właścicielki posesji, p. Dobrowolskiej, synowej Stanisława, kazał za wszelką cenę dom zburzyć. Ale czego nie można uczynić z rosyjskim urzędnikiem? Aby stało się zadość żądaniom gubernatora, rozebrano część domku, zawierającą pokój z kuchnią, który zajmowała matka Dobrowolskiego, natomiast pozostała ta część, w której mieszkał Mickiewicz.

Właścicielka uratowanej pamiątki, poczciwa staruszka, pozwoliła mi zwiedzić te skromne nadzwyczaj apartamenta wielkiego poety i z całą uprzejmością wtajemniczyła mnie w niektóre szczegóły z życia wieszcza z czasów jego pobytu w Kownie.

Domek chyli się do upadku: ściany już spróchniałe, dach dziurawy, w czasie deszczu zacieka. Konserwacja wymaga środków, a głównie pozwolenia władz, które kategorycznie takowego odmawiają. Cennej pamiątce grozi zagłada. Z pozostałych pamiątek zasługują na uwagę: fotel, na którym siadywał do pracy poeta, stolik, przy którym tworzył pierwsze arcydzieła i srebrna tabakierka z monogramem wieszcza, przesłana w upominku z Paryża. Wszystkie te pamiątki wraz z domkiem, lipą i ogródkiem sfotografował Władysław Mickiewicz, który specjalnie po to przybył z Paryża.

W życiu domowem poeta nie odznaczał się zbytnim porządkiem. Uczynna staruszka, matka prefekta, opiekowała się nim po macierzyńsku: cerowała i nieraz prała mu bieliznę, przyszywała guziki, a czasem i nakarmiła, gdy skromna pensja nauczycielska wyczerpywała się pod koniec miesiąca.

Prefekt był nadzwyczaj przyjaźnie usposobiony do poety, jednakże nie zachęcał go do pracy pisarskiej, przypuszczając, że są to tylko porywy młodzieńcze, śmiał się nieraz i żartował z doli poetów, mówiąc, że wiatr tylko sieją i wiatr zbierają. Kiedy zaś wyszły z pod pióra poety pierwsze dwa tomy utworów, odkrył w nich talent nadzwyczajny i zaraz zmienił swe zdanie.

Piękne położenie Kowna i jego sława wojenna, ruiny zamku, cudowna dolina pod miastem i wieniec wzgórz je otaczający silnie działały na bujną wyobraźnię młodego, bo zaledwie 20 lat liczącego Mickiewicza, i dawały mu wiele tematów do pięknej poezji. Tu opiewał zapasy Krzyżaków z Litwinami w „Grażynie”.

Ciekawe są niezmiernie okolice Kowna. Zaraz za Niemnem wspomniana Aleksota u stóp wysokich wzgórzy, pokrytych bujną zielenią traw, krzewów i drzew. Tutaj za czasów reakcji, kiedy język polski był wyrugowany zupełnie poza granicami Królestwa Kongresowego, odbywały się przedstawienia polskie, odczyty, koncerty, gdyż Aleksota pod względem administracyjnym należała do gubernji Suwalskiej.

Z dalszych okolic Kowna zasługują na uwagę: Poniemoń na lewym brzegu Niemna powyżej Kowna z wysoką górą, z której roztacza się widok na rzekę. Górę tę, jako punkt obserwacyjny, obrał sobie Napoleon I w roku 1812, i stąd z dumą przyglądał się walecznym swym pułkom, przeprawiającym się przez rzekę.

Niemniej ciekawe jest Pożajście ze słynnym kościołem kamedułów, najpiękniejszym i najbogatszym na Litwie. Fundacja tego arcydzieła kosztowała na owe czasy do 8 miljonów złotych, a twórcą jego był przysłowiowy Pac. Z pięknej tej świątyni zostały tylko gołe mury, mocno zeszpecone przez dokonanie przeróbki na cerkiew. Wszystkie cenne obrazy, ołtarze, marmury i bronzy znikły w brudnych łapach oprawców.

Z dalszych okolic Kowna zasługują jeszcze na wzmiankę Rumszyszki, pod które mi na Niemnie znajduje się wielka granitowa zapora, o której Mickiewicz pisze:

„Tak ojciec Niemen, mnogich piastun łodzi,

Gdy rumszyskiego napotka olbrzyma,

W koło go mokrym ramieniem obchodzi,

Dnem podkopuje, pierś górą wydyma;

Ten, natarczywej broniąc się powodzi,

Na twardych barkach gwałt jej dotąd trzyma:

Ani się zruszy skała, w piasek wryta,

Ani jej rzeka ustąpi koryta.”

<fot. PRENY.      WIDOK OGÓLNY.>

Lud okoliczny o rafie rumszyskiej tak mówi:

„Za dawnych czasów, kiedy na ziemiach polskich niewiara szerzyła się znacznie i przysparzała duszyczek piekłu, djabli się bardzo z tego cieszyli. Radość ich wkrótce zmieniła się w smutek: przybyli do Polski jezuici, dzielni szermierze w walce z mocą piekielną, gorąco zabrali się do pracy. W piekle zawrzało, jak w ulu. Zaczęto radzić, jakby się oprzeć zbożnej pracy przybyszów. Jednemu z biesów przyszła myśl prawdziwie szatańska. Postanowił chwycić na lądach dalekiej północy olbrzymią skałę granitu i rzucić nią choćby na jeden klasztor jezuicki, które jak grzyby po deszczu zjawiały się w Rzeczypospolitej. Cieszy się czart na myśl samą, że zemsty dokona i zburzy dzieło rąk wroga, dźwiga więc skałę, sapie i dyszy z wielkiego zmęczenia, już prawie dobiega do kresu. Wtem kur pieje... Północ ... Godzina duchów mija… Bies siły traci… Głaz pada z pluskiem do Niemna i bieg jego tamuje.”

Do mniej ciekawych okolic Kowna należy Godlewo, wieś kościelna, własność rodziny Godlewskich.

Za Godlewem, w stronę Pren, znajdują się Pożery z małym drewnianym kościołkiem filjalnym.

<fot. PRENY.     RESZTKI ZAMKU.>

Preny leżą nad Niemnem. Miasto powstało w szerokiej malowniczej kotlinie, otoczonej wzgórzami. Domy i kościół w kształcie krzyża budowane z drzewa, którego nawet i dziś jeszcze nie odczuwa się braku. Była tu niegdyś olbrzymia puszcza Preńska, ciągnąca się pod Kowno, Wyłkowyszki i Wierzbołów. W lasach tych przeważała lipa, dająca cenny pokarm rojom pszczół dzikich, dostarczającym miodu wonnego. Dobra preńskie były w posiadaniu towarzysza Jana Kazimierza, Gotarda Butlera, który wybudował tu zamek, przypominający strukturą więzienie w Citeron we Francji, gdzie był zatrzymany wraz z królewiczem.

<fot. PRENY.      PUSZCZA.>

Pod samemi Prenami ciągną się jeszcze dość znaczne obszary leśne, przez które prowadzi wśród wzgórz niemeńskich malownicza szosa do Balwierzyszek. Pod Balwierzyszkami, a właściwie Barbierzyszkami Niemen się łamie i z tego punktu, położonego na wzgórzu, widok przecudny. Chciałoby się patrzeć godzinami, trudno wzroku oderwać. W dole wije się szeroka szarfa błękitna majestatycznego Niemna, artystycznie rzucona na tle zieleni łąk i lasów, dopokąd gęsty bór nie rzuci nań cieniu wysmukłych sosen i rozłożystych lip. Tutaj Niemen tworzy pętlicę swym silnym zagięciem, a pod Prenami drugą tejże wielkości i kształtów. W ten sposób po stronie Wileńszczyzny powstaje półwysep Birsztanski, na którym znajduje się zakład kuracyjny.

Birsztany mają wody lecznicze, zbliżone składem chemicznym do druskienickich, chociaż nie cieszą się już taką frekwencją, jak Druskieniki.

Pod względem położenia i malowniczości nie ustępują swej nadniemeńskiej siostrzycy.

Balwieieżyszki leżą w dolinie. Małe i brudne nie przedstawiają nic ciekawego. Znajduje się tu kościół drewniany o dwóch wieżach i dwór okazały, należący do hr. Żółtowskich. Od Balwierzyszek w górę rzeki znikają cudne okolice Niemna, zaczyna się nizina. Dopiero Olita leży nieco wyżej. Wspomniana osada niewielka, zabudowana bez ładu i symetrji, brak ulic, a domki małe, drewniane. Po środku miasteczka wznosi się mały kościołek drewniany, okolony cmentarzem grzebalnym, dalej zaś las sosnowy, forty, dwa mosty żelazne przez rzekę. Za dawnych czasów było tu przedmieście Olity, położonej po prawej stronie Niemna. Dziś odmienne względy administracyjne tych dwu Olit nadają im odrębny charakter.

<fot. BALWLERZYSZKI>

Z Olity okolicą pagórkowatą wyborna szosa prowadzi do Serej i Augustowa. W pobliżu Serej znajdują się najwyższe wzgórza, sięgające 600 stóp, z gołemi, piaszczystemi szczytami, miejscem harców czarownic litewskich w wigilję św. Jana. Ulubionym ich pagórkiem jest Kiewa Kalnis pod Serejami, jak u nas Łysa Góra w Małopolsce.

<fot. PRENY.     LAS ŚWIERKOWY.>

Sereje, położone nad błotnistern jeziorem, prawie wyschniętem, należą do osad większych i porządniejszych, ulice mają brukowane, wiele domów murowanych. Tutaj znalazłem ciekawy szyld fryzjerski: na dużej tablicy nade drzwiami wymalowane wszystkie narzędzia średniowiecznego cyrulika i golibrody: talerzyk z upuszczoną krwią, ząb, cęgi, nożyczki, brzytwa, mydło i pendzel, jak również wszelka chirurgia, używana w dolegliwościach kiszek i żołądka. Trzeba posiadać dużo odwagi, aby wejść do tak reklamowanego zakładu i powierzyć swe zdrowie i tualetę w ręce jego właściciela.

<fot. NIEMEN POD PRENAMI.>

Sereje wraz z rozległemi lasami, jeziorami i obszarami uprawnemi należały początkowo do Sapiehów, następnie do Radziwiłłów. Jerzy Radziwiłł wznosi kościół katolicki w XVI w., a książę Bogusław zbór kalwiński. Bogusław Radziwiłł, ten głośny bohater „Potopu” Sienkiewiczowskiego, zarządzał wówczas Prusami Wschodniemi z ramienia elektora brandenburskiego. Po śmierci Bogusława została jego nieletnia córka Ludwika, wychowywana na dworze elektora, jedyna spadkobierczyni dóbr serejskich, wydana prawie w dzieciństwie wolą jej opiekuna za syna margrabiego brandenburskiego Ludwika. Młoda księżniczka pod wpływem chciwego męża cały majątek, należący do klucza serejskiego, zapisała mu na własność. Dom brandenburski rządził Serejami nie jako własnością prywatną, lecz polityczną. Utrzymywał tu dwór wielki, składający się z Niemców, sprowadzał kolonistów. Sereje tym sposobem wydzielone były z obszarów Rzeczypospolitej i stanowiły jakby państwo w państwie. Tutaj, jako w kraju neutralnym, znajduje ucieczkę wiele osób skompromitowanych politycznie, szczególnie w 1794 r. Dopiero po utworzeniu Królestwa Kongresowego i wcieleniu go do Rosji dobra serejskie przeszły na własność nowego rządu.

<fot. NIEMEN POD BALWIERZYSZKAMI.>

W okolicy Serej zaczyna się kraj jezior polskich powiatu Sejneńskiego. Trzy obok siebie leżące: Duś, Metele i Obele (właściwie Abele) należą do największych. Stąd i krajobraz zmienia się bardzo: zaczynają się pola nieurodzajne, piaszczyste. Zaraz za Serejami w stronę Łoździej widzę na horyzoncie jakiś blask silny, pochodzący jakby z odbicia w olbrzymiej tafli lustrzanej. To wody największego z wspomnianych trzech jezior odbijają promienie słoneczne, a plusk fal wzburzonej powierzchni dochodzi do uszu moich. Duś w całej potędze przedstawia się oczom moim, które prócz wody nie napotykają innego oparcia. Jezioro to z północy na południe ciągnie się na 7 do 8 wiorst, szerokość wynosi do 4, a głębokość dochodzi do 120 stóp. Brzegi jeziora są niskie, piaszczyste, puste. Piasek nadbrzeżny zawiera wiele miki, kwarcu i krzemionki, lśni się więc jak złoto w promiennym dniu słonecznym.

Poezja ludowa powstanie jeziora przybrała w fantastyczną szatę.

„Obszar, jaki zajmuje obecnie jezioro, przed kilku wiekami pokrywał zielony kobierzec traw, gdzie okoliczni pasterze znajdowali świetne pastwiska dla licznych stad bydła i owiec, to też życie płynęło im szczęśliwie, nie znali, co troska i trwoga.

<fot. NIEMEN POD OLITĄ.>

Razu pewnego zjawia się wśród pasterzy postać promienista i niesie im wieść straszną: — Bóg do was mówi przez usta moje, żebyście czem prędzej zabrali żony i dzieci, stada i dobytek wszelki i opuścili tę żyzną dolinę, gdyż zmiany tu wielkie zajdą. Ażeście bogobojni i cnotliwi, nic złego wam się nie stanie. —Posłuszni pasterze spełnili natychmiast wezwanie anioła i kiedy ostatni z nich opuszczał dolinę, olbrzymi słup wody wytrysnął z rozwartej ziemi i momentalnie zalał łąki i błonia, tworząc olbrzymie jezioro, liczące 900 morgów przestrzeni.”

O dwie wiorsty na wschód od jeziora Duś, leży drugie — Metele, nieco mniejsze od poprzedniego. Długość jego wynosi 6 wiorst, szerokość do 3, głębokość do 70 stóp, a o trzy wiorsty w tymże kierunku znajduje się trzecie, najmniejsze — Obele (Abele), liczące 4½ w. długości, dwie szerokości i do 30 stóp głębokości. Wszystkie te jeziora obfitują w ryby, głównie w sielawy.

W niedalekiej odległości, w kierunku południowo-zachodnim, nad jeziorem tejże nazwy leży wieś kościelna Świętojeziory. Nazwę tę wzięła zapewne od znajdujących się tu niegdyś świątyń pogańskich i gai, poświęconych bogom, lub też, co prawdopodobniejsze, od chrztu świętego, który otrzymywali Litwini z rąk kapłanów wodach jeziora za czasów Władysława Jagiełły.

<fot. OKOLICE OLITY.>

Droga z Serej prowadzi po znacznej pochyłości ku nizinie, usianej gęsto jeziorami. Na 19 wiorście znajduje się osada niemniejsza od Serej — Łoździeje. Miasteczko rolnicze, zabudowane dość schludnie, posiada nowy kościół murowany z kamienia polnego.

Świątynia przedstawia się efektownie, ma piękne ołtarze i ambonę, lecz smutną przeszłość swej krótkiej historji. Tutaj jak i w wielu innych miejscach na rubieży dwóch narodowości doszło do bójek o język kościelny, a więc świątynia stała się areną walk politycznych. Tak usunięto język polski z nabożeństw, uświęcony przez wieki całe.

Za Łoździejami w stronę Augustowa grunta jeszcze biedniejsze. Miejsca te charakteryzuje dobrze wiersz Pola o Litwie.

„Tam na północ! hen daleko !
Szumią puszcze ponad rzeką:
Tam świat inny, lud odmienny,
Kraj zapadły, równy, senny.
Często mszysty i piaszczysty;
Puszcze czarne, zboże marne.
Niebo bledsze, trawy rzadsze,
Rojsły grząskie, groble wąskie,
Ryby, grzyby i wędliny;
Lny dorodne, huk zwierzyny
I kęs chleba w czoła pocie.
A na pański stół łakocie:

Lipce stare, łosie chrapy
i niedźwiedzie łapy .
Ćmią się puszcze; mgła się zbiera,
Po pasiekach kraj przeziera,
Wół za rogi orze zgliszcze.
W ostrym zwirze socha świszcze,
A za drogą gdzieś przestronne
Ciągną wózki jednokonne.
Koń obłęczny w wózkach małych,
Lud w chodakach, z łyka szytych,
W chatach dymem ogorzałych,
Dranicami płasko krytych”…


Wioski spotykam coraz rzadziej, za to częste jeziora o brzegach pustych, zabarwionych na czerwono od rdzawego koloru piasków otaczających. Droga monotonna, a olbrzymie lasy, jakie otaczają Augustów na dalekiej przestrzeni, jeszcze więcej swoją ciszą nadzwyczajną działają ujemnie na psychikę turysty. Całemi milami nie spotykam ani wozu, zaprzężonego w małego żmudzinka, ani człowieka pieszo idącego, nawet ptaki nie mącą ciszy ogólnej, wiatr tylko porusza koronami drzew. Czuję zmęczenie fizyczne, zmrok już zapada po lesie, chcę się zatrzymać na odpoczynek, dokoła zaś drzewa i drzewa. Nareszcie wśród ciszy leśnej słyszę skrzypnięcie jedno, drugie, dziesiąte. Staję na moście i nasłuchuję, skąd odgłos skrzypienia dochodzi; przyglądam się bacznie, widzę ludzi przy pracy w kanale, a więc mogę dowiedzieć się o najbliższem miejscu dla zatrzymania się na noc. Tuż leży wieś Studzieniczna, a właściwie kościołek z cudownym obrazem Matki Boskiej i parę zaledwie domów. Skrzypnięcia pochodziły ze śluz w Kanale Augustowskim, który tędy przechodzi. Przy spławianiu drzewa trzeba zamykać i otwierać śluzy, aby podnieść poziom wody i nadać jej odpowiedni spadek.

Studzieniczna, położona nad jeziorem tejże nazwy i Kanałem Augustowskim, wśród rozległych obszarów leśnych olbrzymiej niegdyś puszczy, ciągnącej się od Czarnej Hańczy do Biebrzy i od kanału aż po Niemen, jest jedynym może zakątkiem, gdzie człowiek zamieszkał. Puszcza Augustowska przedstawia na całym prawie obszarze tylko błota i bagna, pokryte bujną trawą i lasem.

<fot. KANAŁ AUGUSTOWSKI.>

Ciekawa jest historja powstania Studzienicznej w tak niesprzyjających warunkach dla kolonizacji. Pułkownik Morawski, któremu uprzykrzył się gromowładny Mars. postanowił resztę lat swoich poświęcić na chwałę Bożą, zdala od ludzi i trosk codziennych. Osiadłszy tu w r. 1770. zasłynął swą pobożnością i znajomością leczenia ziołami, których miał w puszczy pod dostatkiem. Ze wszech stron zaczęli napływać chorzy i pątnicy, gdyż pobożny pułkownik wzniósł na wyspie jeziora Studzienicznego początkowo jedną kaplicę, później zaś drugą, gdzie umieścił obraz cudowny Matki Boskiej, która się miała objawić na lipie. W celu uzyskania odpustów dla swego kościołka Morawski odbył podróż do Rzymu na osiołku i od Piusa VI je otrzymał.

Dziś Studzieniczna posiada kościół drewniany i dwie wspomniane kaplice, z których jedna murowana. W tej to kaplicy, ocienionej gęsto drzewami, na wysepce, połączonej groblą z kościołem, znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej z góry Karmelu, otoczony srebrnemi wotami. Obok drewniana kaplica ze studzienką, której woda posiada własności lecznicze.

Jezioro Studzieniczne stanowi przedłużenie jeziora Necko i wchodzi w skład Kanału Augustowskiego. Kanał ten bierze początek przy ujściu Netty do Biebrzy i biegnie aż do Niemna. Netta za Augustowem łączy się z jeziorami: Necko, Białe, Studzieniczne, Orlewo, Paniewo, Krzywe i Mikoszewo. Po wyjściu z tych jezior, kanał przerzyna szosę warszawsko-kowieńską, łączy się znów z całym szeregiem małych jezior, wchodzi w koryto Czarnej Hańczy, którą opuszcza pod Kurzyńcem i dosięga Niemna w trzymilowem oddaleniu od Grodna.

<fot. KANAŁ AUGUSTOWSKI.>

Ponieważ poziom wód kanału jest o wiele wyższy, niż w rzekach z nim połączonych, dlatego na 175 wiorstach kanału zbudowano 21 śluz, z których każda liczy 156 stóp długości i 20 szerokości. Ważniejsze z nich są: Dembowo, Sosnowo, Borki, Białobrzegi, Augustów, Przewiąż, Swoboda, Gorczyca, Perkuć, Mikoszówek, Kudrynki, Kurzyniec, Dąbrówka i Niemnowo. Budowa kanału trwała 12 lat i kosztowała 3 miljony rubli. Kanał z powodu braku wody nie ma prawie żadnego znaczenia, służy tylko do spławiania nielicznych tratw drzewnych.

Jezioro Necko należy do większych. Kierunek jego wydłużony z zachodu na wschód. Długość sięga 6 wiorst, największa szerokość ¾ wiorsty, głębokość zaś dochodzi do 60 stóp. Jezioro to, jak już wspomniałem, łączy się z Białem i Studzienicznem. Trzy te jeziora tworzą pas wodny długości 14 w., otoczone są lasami i bagnami.

<fot. TYPY MAZURSKIE.>

Od Studzienicznej do Augustowa jest tylko mila drogi, prowadzącej wśród lasów aż pod samo miasto.

Augustów liczy do 12 tysięcy ludności, zabudowany schludnie, ulice ma brukowane, z chodnikami po bokach. Miasto ma rynek obszerny z ogródkiem spacerowym. Drugi ogród znajduje się poza miastem, w pobliżu kanału. Tutaj wznosi się żelazna kolumna, zakończona złoconym orłem rosyjskim, wystawiona na pamiątkę cudownego ocalenia Aleksandra III w 1888 r., a ufundowana z „dobrowolnych” ofiar konsystujących tu kozaków i mieszkańców powiatu Augustowskiego. Wiem, jak wyglądały głoszone szumnie ofiary, żałuję bardzo, że nie mogłem zebrać danych statystycznych, ile osób wzamian „dobrowolnej” ofiary zaproponowało dobrowolne odsiedzenie kozy.

<fot. POLKA I LITWINKA.>

Miasto zawdzięcza swe powstanie Zygmuntowi Augustowi w roku 1561. Skromnie, nawet ubogo, przedstawia się kościół katolicki, toteż parafianie gromadzili fundusze na nowy. Za miastem w kapliczce przydrożnej znajduje się cudowny obraz Chrystusa, dokąd pobożni spieszą w czasie odpustów.

Na Augustowie skończyłem swą pierwszą wycieczkę, która trwała 24 dni i 11 sierpnia wróciłem koleją do domu.

<mapa Suwalszczyzna>

ILUSTRACJE.

Grodno—Most kolejowy. }   Kowno—Stare Miasto, fot. p. Kulwieć.
Grodno—Widok z Niemna. własne Kowno—Ratusz, fot. p. Kulwieć.
Grodno—Fara. zbiory Kowno—Dom Witolda, własne zbiory.
Grodno—Zamek królewski.   Kowno—Ruiny zamku, fot. p. Kulwieć.
Statek na Niemnie, fot. P. Kulwieć. Kowno—Dom, w którym mieszkał Mickiewicz, własne zbiory.
Druskieniki—Niemen, fot. p. Al. Szyndler. Preny—Widok ogólny, fot. p. Kulwieć.
Druskieniki—Widok ogólny, fot. p. Al. Szyndler. Preny—Puszcza, fot. p. Kulwieć.
Sejny—Katedra, fot. p. Al. Janowski. Preny—Resztki zamku.
Sejny—Wnętrze katedry, fot. p. Al. Janowski. Preny—Las świerkowy, fot. p. Kulwieć.
Wigry—Kościół, fot. P, Al. Janowski. Balwierzyszki, fot. p. Kulwieć.
Wigry—Wielki ołtarz, fot. p. Al. Janowski. Niemen pod Prenami, fot. p. Kulwieć.
Czarna Hańcza, fot. p. Kulwieć. Szeszupa-Pilkalnia.
Dowspuda—Pałac Paca (2 ilustr.). Niemen pod Balwierzyszkami, fot. p. Kulwieć.
Widok z pow. suwalskiego. Niemen pod Olitą, fot. p. Kulwieć.
Kalwarja—Widok od strony Kirsny. Okolice Olity.
Marjampol—Kapliczka przydrożna. Kanał Augustowski, fot. p. Kulwieć.
Kowno—Dolina Mickiewicza, fot. p. Kulwieć. Typy mazurskie
  Polka i Litwinka.
  Mapa Suwalszczyzny.

Fotografje ze zbiorów Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego w Warszawie.

 


SPIS MIEJSCOWOŚCI.

  Str.        Str.
Abele 46 Mikoszewo 51
Aleksota 39 Mikoszówek 51
Augustowski kanał 51 Necko 5152
Augustów miasto 52 Netta 51
Augustów śluza 51 Niemen 6
Balwierzyszki 4243 Niemnowo 51
Belweder 31 Obele 46
Berżniki 10 Olita 43
Białobrzegi 51 Olwita 27
Białe 5152 Orlewo 51
Biebrza 51 Paniewo 51
Birsztany 42 Perkuć 51
Błogosławieństwo 31 Pojeziory 27
Borki 51 Poniemoń 3139
Czarna Hańcza 1851 Pożajście 39
Czerwony dwór 32 Pożery 41
Dąbrówka 51 Preny 41
Dembowo 51 Przewiąż 51
Dowspuda 20 Raudań 31
Druskieniki 7 Rumszyszki 39
Duś 46 Sapieżyszki 31
Giełgudy 29 Sejny 13
Giełgudyszki 28 Sereje 44
Godlewo 41 Sosnowo 51
Gorczyca 51 Szredniki 31
Grodno 2 Studzieniczna 49
Janopol 9 Studzieniczne 5152
Kalwarja 22 Suwałki 19
Kibarty 27 Świętojeziory 48
Kiertułaki 25 Swoboda 51
Kopciowo 10 Syntowty 28
Kowno 32 Szaki 28
Kożulańce 9 Szypliszki 21
Krzywe 51 Werszele 9
Kudrynki 51 Wielona 31
Kurzyniec 51 Wierzbołów 27
Lejpuny 9 Wigry 15
Łoździeje 48 Władysławów 27
Marjampol 23 Wyłkowyszki 26
Metele 46

statystyka